Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 136 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Długo wyczekiwane ferie

piątek, 10 lutego 2012 23:36

27 stycznia (piątek) – Bąbel całą noc kaszlał, choć pewnie powinnam powiedzieć „szczekał”. Załatwiłam sobie zastępstwo koleżeńskie, żeby iść z nim do lekarza, bo o wolnym nie miałam co marzyć. Po południu wywiadówka i koncert dla rodziców. A Bąbel – zapalenie gardła i krtani. Antybiotyk, inhalacje, syropki, marudzenie … No tak, przez cały rok nie chorował, więc nie powinnam narzekać, ale przeczuwałam, że to będzie raz a dobrze. Bąbel wie, kiedy chorować. Najlepiej wtedy, gdy matce rodzicielce zaczynają się ferie, a pediatra prowadzący dziecko wyjeżdża na tydzień.

28 stycznia (sobota) – Padam na twarz po nieprzespanej nocy. Antybiotyk, inhalacje, syropki, marudzenie. Junior wkurzony, że przy okazji on też musi zostać w domu. A plany były zgoła inne.

Za oknem mróz jak diabli.

29, 30, 31 stycznia (niedziela itd.) – Niewiele się zmienia. Bąbel może mniej „szczeka”, ale za to pojawiła się dziwna wysypka. Mały jest alergikiem. Pierwsza myśl – uczulenie na leki. i znowu bezsenna noc, bo swędzi jak cholera. Bąbel płacze, płacze, płacze i wreszcie śpi … na rękach. A Junior – zaczyna kaszleć. Dudni jak w studni. Zapobiegliwie aplikuję inhalacje, syropki i czekam na rozwój wypadków.

1 lutego (środa) – niby ferie, w domu same atrakcje, szkoda, że z innej beczki. Za oknem mróz coraz większy. Dzieciaki zaczyna nosić. Junior kaszle, z nosa cieknie, moje leczenie widać nie skutkuje. Babel drapie się jak cholera. Po południu mamy kontrolną wizytę u kardiologa. U Bąbla na szczęście serce jak dzwon. Nasze lęki powoli zasypiają. Może kiedyś opiszę to0, co przeżyłam po jego urodzeniu. Przerażająca  diagnoza i cud, bo inaczej nazwać tego nie mogę. Przynajmniej to ułożyło się dobrze.

2 lutego (czwartek) – Junior kiepsko się czuje. Wizyta w przychodni rozwiewa wszelkie wątpliwości. Zapalenie oskrzeli. Skąd? Przecież od niemal tygodnia siedzi w domu. Cholerne wirusy nie odpuszczają. Antybiotyk, inhalacje, syropki i chory pięciolatek. Sama radość. Bąbel skórę ma coraz gorszą, nie śpi, marudzi.

3 lutego (piątek) – Pół nocy z Bablem, drugie pół z Juniorem. Jeden płacze, sen, drugi płacze, sen, cisza i … płacz. Ręce mi odpadają. Małe trzynaście kilo śpi przytulone do mojego ramienia, a ja walczę z własnym snem.

4 lutego (sobota) – Bąbelek ma rozdrapane całe niemal ciałko i rany, z których coś się sączy. Jedziemy do lekarza rodzinnego. Skierowanie do szpitala. Oddział dziecięcy zamknięty przez sanepid – wirus żołądkowy. Najbliższy oddział 30 km stąd. Udaje nam się dostać na konsultacje z pediatrą. Może unikniemy szpitala. Babel dostaje sterydy, maści przeróżnej maści, bo to podobno reakcja polekowa. Smarujemy, aplikujemy, co kazali i … czekamy. Może będzie lepiej.

5 lutego (niedziela) – Bąbelek przespał noc, bo dostał końska dawkę hydroxyzinum. Od razu widać, że lepiej się czuje, choć skóra okropna. Byle dotrwać do poniedziałku – wraca nasz pediatra i alergolog jednocześnie.

6 lutego (poniedziałek) – Zapisałam małego na wizytę. Diagnoza porażająca. Świerzb. U alergików podobno często się zdarza. Szkoda tylko, że lekarze wcześniej się nie zorientowali.  Inne leki, inne maści i przymusowa kwarantanna. Skąd się to diabelstwo wzięło. Nas nic nie swędzi. Junior też czysty, wyoglądałam go na wszystkie strony. Maść siarkowa wysusza Bąbelkowi skórę, a przed nami trzy dni ostrej kuracji.

7 lutego (wtorek) – Dzień przeleciał tak, że nawet go nie poczułam.

8 lutego (środa) – Kolejna wizyta u lekarza, dobre wiadomości. Leczenie wprawdzie jeszcze potrwa, ale wychodzimy na prostą. W aptece na rogu panie witają mnie jak starą dobrą znajomą i maści robią w tempie ekspresowym. A mnie poleciły Bodymax, bo widać marnie wyglądam. Łykam więc, jak nie pomoże, nie zaszkodzi. Junior zdrowy, ale nosi go niemiłosiernie. Męża też nosi, bo jutro ma w pracy „nasiadówkę”, a sprawozdania niegotowe. Bąbel odsypia na prochach nieprzespane noce, a my piszemy. O swoich sprawozdaniach nawet nie wspomnę, są w proszku.

9 lutego (czwartek) – Wyszłam (a właściwie mąż mnie wypchnął) na spotkanie z Babolami. Cztery godziny innego powietrza. Dwa gruszkowe drinki nieco oddaliły przygnębiające myśli.

10 lutego (piątek) – Bąbel kończy dziś dwa lata. Impreza przełożona. Świerzb pokrzyżował nam plany.

A co u mnie…

Koniec ferii. W poniedziałek startuje o ósmej.

Wracam wspomnieniami do ubiegłorocznych ferii. Czy za nimi tęsknię? Nie! Dzieciaki chorowały przez całe dwa tygodnie. Babel miał skierowanie do szpitala, bo antybiotyk nie zadziałał. Dzięki Bogu obeszło się bez. Pozostało skierowanie. Z tegorocznym mamy już dwa do kolekcji. Cóż, dzieciaki wiedzą, kiedy chorować.

Czy czekam na przyszłoroczne ferie? Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! I chyba mnie rozumiecie.

Pozdrawiam:-)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

Na finiszu

niedziela, 22 stycznia 2012 17:28

 

Jeszcze tydzień i upragnione ferie. Koniec semestru dla belfra to jazda bez trzymanki. Czytam właśnie piętnaste wypracowanie i zastanawiam się, ile jeszcze wytrzymam. Zdecydowanie posunęłam się w wieku ;-). Kiedyś przy pięćdziesiatej klasówce nie czułam się tak wypompowana jak dziś przy piętnastce. A do emerytury jeszcze daaaaaaaaaaaaaleko. Zresztą nie wiem, czy dożyję ;-), wszak sejm może przesunąć wiek emerytalny do osiemdziesiątki. To przecież bardzo płodny sejm. A może lepiej, żeby zaczął stosować jakąś antykoncepcję, bo co rusz wychodzą mu jakieś wybrakowane knoty. To tak a`propos ustawy refundacyjnej, która mnie, matkę alergika, trzepie nieźle po kieszeni już od blisko miesiąca. O!!! I przypomniałam sobie właśnie, że muszę podbić we wtorek legitymację ubezpieczeniową, choć robiłam to miesiąc temu. Paranoja.

Zresetowałam się nieco, więc wracam do uczniowskiej radosnej twórczości :-]A na koniec dodam, że jutro wysłucham młodzieńczych interpretacji polskiej poezji. Ciekawe, czy przeżyję ;-)

 

Pozdrawiam wszystkich, którzy otwierają słodko-kwaśny. Obiecuję nadrobić lekturowe braki. Bardzo mi Was brakuje ;-(


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

POLKA, SZWEDKA, KANADYJKA ...

niedziela, 15 stycznia 2012 12:31

Babol Pączuś ;-), przebywający obecnie na zwolnieniu i nudzący się piekielnie, przesłał mi jakiś czas temu pewne zestawienie świadczące o dyskryminacji kobiet. No cóż, nazwy męskie faktycznie wskazują na ludzi, a żeńskie… Sami zobaczcie.

Polak - człowiek.
Polka - rodzaj tańca.

Japończycy - ludzie.
Japonki - klapki.

Fin - człowiek.
Finka - nóź.

Ziemianin - człowiek.
Ziemianka - taka chatka.

Węgier - człowiek.
Węgierka - śliwka.

Graham - pisarz.
Grahamka - bułka.

Czesi - ludzie.
Czeszki - tenisówki za PRL-u.

Bawarczyk - pan wyglądający jak w ciąży, tuż przed urodzeniem beczki piwa, koniecznie w spodenkach na szelkach i kapeluszu z piórkiem - znaczy człowiek.
Bawarka - herbata z mleczkiem.

Anglik - dżentelmen.
Angielka - szklaneczka do wódki.

Kanadyjczyk - człowiek.
Kanadyjka - rodzaj kajaka i kurtki

Filipińczyk - facet.
Filipinka - gazeta

Szwed - człowiek.
Szwedka - kurtka

Hiszpan - człowiek.
Hiszpanka - grypa.

Amerykanin - człowiek.
Amerykanka - mebel

Berlińczyk - facet
Berlinka - barka rzeczna lub autostrada

Tirowiec - kierowca TIR-a
Tirówka - wszyscy wiemy

Żółtek - Chińczyk, Japończyk lub Koreańczyk
Żółtaczka - choroba

Czerwony - Indianin lub komunista
Czerwonka - choroba

Czarnuch - niepoprawny politycznie przybysz z Afryki i nie tylko
Czarnuszka - roślinka

Kierownik - szef
Kierownica - kółko w samochodzie

Warszawiak - mieszkaniec Warszawy
Warszawianka - pieśń z 1831 roku

Napoleon - cesarz
Napoleonka - ciastko

Arafat - przywódca Palestyńczyków
Arafatka - chusta

Wyniki dla kobiet jakieś marne, ale pewnie wymyślał te nazwy facet. :-]

Znikam znów na jakis czas. Za oknem wreszcie biało, więc dzieciaki wygrzebały w piwnicy sanki. Trzeba je przewietrzyć, bo zardzewieją ;-). Pozdrawiam


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (28) | dodaj komentarz

Jak nowa

środa, 28 grudnia 2011 18:29

Piękny dzień. Właśnie dziś odebraliśmy nowy sprzęt i jestem w sieci. Zawsze twierdziłam, że nie jestem uzależniona od netu. Nic bardziej mylnego. To jest jak z dietą - jak w nią wchodzisz, czujesz wilczy apetyt, nawet jeśli normalnie nie byłabyś glodna. Tydzień wlókł się niemiłosiernie, ale jakoś przeżyliśmy. Poczta zapchana, więc zabieram się za lekturę. Wszystkim składam moc gorących życzeń z okazji Nowego Roku, jakikolwiek on będzie. Zwyczajnego optymizmu, uśmiechu, który przepędzi światowy kryzys i niezwykłej umiejetności dostrzegania pozytywów nawet tam, gdzie ich nie ma.

Całusy dla wszystkich z okazji Światowego Dnia Pocałunków.

 

Pozdrawiam :-)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

Wróciłam do Barcelony

sobota, 17 grudnia 2011 17:59

 

Przez Cień wiatru przeszłam jak wichura. Noc była dla mnie za krótka, a każda minuta bez zapachu tej niezwykłej książki wlokła się w nieskończoność. Targały mną silne emocje, w głowie myśli galopowały niczym tabuny dzikich koni. A gdy skończyłam czytać, poczułam ulgę, ale jednocześnie żal, że to już.

Kiedy sięgałam po Grę anioła, spodziewałam się podobnych emocji. Cmentarz Zapomnianych Książek, gdzie bohaterowie już to znajdują książki swego życia, już to jakąś książkę tam ukrywają. Atrament, papier pachnący pismem, księgarnia będąca miejscem zastępującym dom. I Barcelona.

 

W Grze anioła śledzimy losy Davida Martina, który zaczynając swoją karierę od pracy gońca w lichej barcelońskiej gazecie, wkrótce stał się jednym z redaktorów owego pisma. Kolejne szczeble rozwoju zawodowego wiodły go przez pisanie książek sensacyjnych pod pseudonimem do opublikowania pierwszej poważnej powieści pod własnym nazwiskiem. Nie odniósłszy sukcesu, zniechęcony, rozczarowany, zdradzony przez przyjaciela i ukochaną kobietę zaprzestał szukania sensu istnienia, rozpoczął czekanie na śmierć. Wówczas pojawił się mężczyzna oferujący Davidowi zdrowie i pieniądze. Młody pisarz powinien w zamian napisać książkę, o którą poprosił go Andreas Corelli.


Tyle fabuły. Teraz pora na wrażenia. Ku mojemu zdumieniu Gra anioła okazała się być książką, która pozwala na odłożenie jej na chwilę. Można zostawić lekturę na stoliku i pójść, by zająć się sprawami prozaicznymi, ale nie można przestać o niej myśleć. A gdy po owej chwili wraca się na strony powieści, wkracza się w nie z pewnością człowieka, który nigdy nie opuszczał wędrówki po Barcelonie z lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Czytana historia oplata myśli, budzi emocje, przenika grozą i melancholią. Początek opowieści przypomina spokojny spacer, a im bliżej końca książki, tym tempo wydarzeń staje się szybsze, sieć powiązań bardziej zrozumiała, a groza i tajemnica przerażają coraz bardziej. Fabuła, początkowo leniwa, z każdą kolejną stroną nabiera tempa, aż człowiekowi brakuje tchu.

Skończyłam czytać i żyję, choć wiem, że do Zafona będę wracać z wypiekami na twarzy i niezmiennym drżeniem.

 

 

Zajrzyjcie do Barcelony Zafona :-)

 

http://www.dziennik-literacki.pl/podrozeliterackie/251,Cien-Barcelony-Sladami-Carlosa-Ruiza-Zafona-II

 

Pozdrawiam :-D


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  250 130  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O mnie

Zwykła i niezwykła, pełna sprzeczności, kochana i znienawidzona ... inni pewnie coś by jeszcze dodali.

O moim bloogu

O mnie, o innych, o świecie bliskim i dalekim, o marzeniach, o szarej rzeczywistości, o smaku sukcesów i porażek, o absurdach, na które przyszło mi patrzeć, o życiu słodko-kwaśnym ...

barzka@wp.pl

Statystyki

Odwiedziny: 250130

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Facet

Pytamy.pl